-
Grecki fanatyzm – reportaż z wyprawy na ligę grecką >>
-05-09-2010- 22-37 (Szymon Beniuk) - Źródło: własne
Po zasmakowaniu niemieckiego i angielskiego futbolu, o którym pisaliśmy w poprzednich reportażach, („Fulham 3-2 West Ham – reportaż” i „Hertha 0-1 Schalke – reportaż”/do przeczytania w „blogu redakcyjnym") tym razem spróbowaliśmy czegoś zupełnie innego. Udaliśmy się do upalnej Grecji, gdzie futbol często stoi na równo z religią, a fanom wolno niemal wszystko. Przy okazji sprawdziliśmy jak dwaj polscy piłkarze radzą sobie w tych warunkach …
Nasza podróż zaczęła się 16 sierpnia, kiedy to wyruszyliśmy z samolotem z Katowic do Salonik. Po męczącym dojeździe dotarliśmy do hotelu.
Chcąc pójść na pierwszą kolejkę ligi greckiej zaczęliśmy przygotowania od razu, mimo że do meczu było jeszcze 11 dni. Pierwotny plan zakładał pójście na hit kolejki – Iraklis Saloniki : Olympiakos Pireus. Nasz hotel znajdował się w malutkiej Leptokarii oddalonej prawie 100 km od Salonik, co nie ułatwiało sprawy. Postanowiliśmy zasięgnąć rady u pracownika hotelu z nadzieją, że ten udzieli nam kilka cennych rad. Jak się później okazało był on piłkarzem Bytovii Bytów( znanej z występów w Pucharze Polski w sezonie 2009/10, kiedy to odpadła dopiero w 1/8 z Wisłą Kraków) , który przerwał swoją sportową karierę na rzecz innej pracy. Opowiedział nam o 300 osobowym zlocie kibiców PAOK-u (PAOK Saloniki) w miejscowym hotelu, po którym połowa rzeczy była zniszczona, ze stołem ping-pongowym na czele. Tym samym ostrzegł nas przed dość fanatycznymi kibicami. Po tej zachęcającej rozmowie na tydzień przed meczem postanowiliśmy się wybrać do Salonik, by zakupić wejściówki na szlagierowe spotkanie…
Na stadion doszliśmy bez większych problemów razem z psem tubylcem, który chyba z nudów zaczął iść za nami krok w krok czekając grzecznie, aż czerwone światło zmieni się na zielone.

Na Kaftanzoglio Stadium dostaliśmy się bez problemów i spokojnie obfotografowaliśmy go z każdej strony, ale z kasami biletowymi było już gorzej. Po chwili bezowocnych poszukiwań zapytaliśmy o kasy przypadkowo napotkanego Greka. Ten wysłał nas na drugą stronę obiektu. Kasy i owszem były we wskazanym miejscu, ale zamiast sprzedających w budkach znajdowała się jedynie bujnie rosnąca trawa. Trudno było przypuszczać, że dostaniemy w nich bilety na spotkanie z Olympiakosem. Na stadionie nie było słowa o meczu, który miał się odbyć już za tydzień. Organizacja nas trochę zaskoczyła, choć nie do końca, bowiem słyszeliśmy już o specyficznym podejściu Greków do różnych spraw. Nikomu się tam nie spieszy, a już na pewno nie do „roboty”. Większość sklepów i urzędów po 14 z racji sjesty jest zamykana, a później już nie zawsze otwierana. I dziwić się, że w Grecji jest kryzys….
Rozczarowani brakiem biletów zwiedziliśmy miasto.

W wielu pobliskich miejscowościach, również i w samych Salonikach, możemy zobaczyć mnóstwo takich oto napisów. Zdecydowana większość zrobiona jest przez fanów PAOK-u (zdjęcie powyżej).
Po powrocie wiedzieliśmy już, że z meczu Iraklisu z Olympiakosem będą nici. Nie chcieliśmy ryzykować zakupu biletów w dzień spotkania, bo z tym, z racji jego atrakcyjności, mógł być problem. Szybko wymyśliliśmy plan B i postanowiliśmy, że wybierzemy się na nieco „skromniejszy” mecz do Larissy, gdzie były klub Macieja Żurawskiego - AE Larissa- miał zmierzyć się z Atromitos’em Ateny .
Do oddalonej raptem około 50 km Larissy wyruszyliśmy pociągiem. Na początku zamiast do celu, oddaliliśmy się od niego jadąc w przeciwnym kierunku. Cała ta pomyłka opóźniła nam nieco podróż, ale w końcu dotarliśmy do Larissy i bez problemów znaleźliśmy się na Alkazar Stadium.

Stadion z zewnątrz na pewno nie zachwycał (zdjęcie powyżej), ale nie to było najważniejsze. W budkach przy obiekcie bez problemów nabyliśmy wejściówki i po kontroli służb porządkowych weszliśmy na naszą trybunę.


Naszym oczom ukazał się nieduży stadion w barwach lokalnej drużyny (w zaawansowanej budowie jest już nowy, nowoczesny stadion AE Larissy) . Obok nas znajdowała się oddzielona wysokim ogrodzeniem trybuna z miejscami stojącymi. To właśnie na niej zasiadają najzagorzalsi kibice zespołu. Fakt ten bardzo nas ucieszył, ponieważ poznanie greckiego dopingu było jednym z naszych głównych celów.

Na godzinę przed meczem Ultrasi z „Monsters Larissa” szykowali trybunę, zawieszając na płotach flagi i rzucając pliki karteczek w trybuny, także naszą. „Monsters Larissa” to najbardziej znany fan club AE Larissy z 28 letnią tradycją. Nazwę zaczerpnęli od telewizyjnej kreskówki. Ugrupowanie to jest ważną częścią klubu, ponieważ często pomagało drużynie w trudnych sytuacjach, a piłkarze zawsze mogą liczyć na ich doping.

Flagi na płotach były wywieszane nie tylko przez ultrasów, ale także, jak widać na obrazku, przez rodziców z dziećmi. Kibicowanie to często tradycja, która przechodzi z ojca na syna.

Do meczu pozostawało coraz mniej czasu i trybuny coraz bardziej się zapełniały.

W końcu nastała ta chwila! Obie jedenastki weszły na boisko, a z trybun poleciało w powietrze mnóstwo karteczek, (zdjęcie powyżej).

Zanim mecz się rozpoczął, piłkarze i kibice uczcili pamięć tragicznie zmarłego Panagiotis’a Bahramis’a, który w swojej karierze występował również w AE Larissa. 33 letni piłkarz 13 sierpnia 2010 roku zginął podczas nurkowania na plaży w Kyparissias. Po tym smutnym wstępie piłkarze rozpoczęli mecz.


Od pierwszych minut spotkanie nie było specjalnie ciekawe. Dużo fauli i związanych z tym przerw spowolniło grę. Sytuacji bramkowych po obu stronach było jak na lekarstwo, a jak się już jakaś nadarzyła, to najczęściej kończyła się strzałem w trybuny, bądź ostatecznie blokowali ją obrońcy. Atromitos skutecznie bronił się przed atakami gospodarzy, co było także zasługą Marcina Baszczyńskiego, znanego z występów w Wiśle Kraków. Dla 33 - letniego Polaka ateńska drużyna to pierwszy zagraniczny klub w karierze.

Niektórzy kibice, by zobaczyć mecz swojej ukochanej drużyny, nie muszą nawet płacić za bilet. (Mecz oglądany z tarasów budynków mieszkalnych sąsiadujących ze stadionem).

Pierwsza połowa naprawdę mogła wielu uśpić, ale nie nas, dla których nieustanny żywiołowy doping kibiców był czymś dużo ciekawszym, niż samo spotkanie. Na Alkazar Stadium doping było słychać niemalże z każdej części stadionu, a nie tylko z „trybuny ultras”, jak to najczęściej jest na meczach w zachodniej Europie.

Na zdjęciu po prawej stronie można dostrzec z numerem czwartym Marcina Baszczyńskiego.
Drugie 45 minut zaczęło się już nieco lepiej, zespoły zagrały odważniej, a coraz to dogodniejsze okazje na zdobycie bramki mieli głównie gospodarze. Aktywnego i siejącego największy postrach w szeregach Jana Blazka zmienił Daniel Cousin. Zejście tego piłkarza mogło trochę zaskoczyć, ale 22- letni Czech w drugiej części spotkania opadł nieco z sił. Mimo to właśnie ten młody piłkarz swoją grą wywarł na nas największe wrażenie. Zastąpił go wcześniej wspomniany Cousin znany niektórym z występów w Glasgow Rangers czy Hull City.

Jak widać na powyższym zdjęciu AE Larissa czyli w skrócie AEL ma swoich fanów nie tylko w Grecji.

Mecz coraz bardziej miał się ku końcowi, a bramek nadal nie było. Po trybunach przechadzał się sprzedawca, który jak maszyna nalewał napoje do kubków spragnionych kibiców, rzucając co chwila za siebie puste butelki, a kibice nadal czekali na zwycięską bramkę, ubarwiając tym razem doping kilkoma racami. Niestety niektórych rzeczy nie udało nam się już sfotografować, bowiem nasz aparat zaczął odmawiać posłuszeństwa. Może było mu za gorąco ( 44°C w cieniu!)?
W 77 min spotkania obrońca gospodarzy, Stylianos Venetidis, odebrał piłkę graczowi Atromotis’u na skraju pola karnego, po czym dograł na głowę dobrze ustawionego Daniela Cousina, a ten umieścił piłkę w bramce! Automatycznie na stadionie wybuchła szalona radość. Tłum kibiców wskoczył na ogrodzenie oddzielające trybuny od boiska. I w tym momencie rozszalali fani wypróbowali wytrzymałość barierek, które musiały przejść poważny test, choć zapewne nie pierwszy w ich „życiu”. Atmosfera była niesamowita, tysiące fanów świętowało pierwszego gola swojej drużyny w nowym sezonie i nawet znudzone dzieci wyraźnie się ożywiły. Z głośników rozbrzmiewała typowo grecka radosna melodia puszczana zapewne przy każdym golu AE Larissy na Alkazar Stadium. Po chwili muzyka ucichła, a trybun rozległo się głośne jak nigdy „AEL! – AEL! - AEL AEL AEL!”. Swoje podziękowania dostał też Cousin, którego nazwisko kibice przez moment skandowali.

Rozpoczęło się świętowanie, choć piłkarze jeszcze musieli przez 16 minut utrzymać wynik. Atromitos od tego momentu niemal nieprzerwanie szturmował bramkę rywali, a pomóc w tym miał wprowadzony w 86 minucie Marek Saganowski. Ostatecznie reprezentant Polski już nic nie zmienił i AE Larissa zdobyła swoje pierwsze 3 punkty w sezonie 2010/2011.
Kilku kibiców bez większych problemów wdarło się na bieżnię zrzucając ochroniarzowi radiotelefon. Ten zdezorientowany pozbierał swój sprzęt, ale nie ruszył za „łobuzami”, którzy i tak chwilę później wrócili na swoje miejsca. Zresztą podczas całego spotkania fani często przechodzili ogrodzenie, a bezradni ochroniarze tylko prosili, by ci wrócili z powrotem na trybuny.
Nasze obawy, że nie zobaczymy goli w tym meczu zostały rozwiane i w pełni usatysfakcjonowani udaliśmy my się do wyjścia. Nim opuściliśmy obiekt do trybun podbiegł Geremi podziękować za doping, co spotkało się z wielkimi brawami oraz skandowaniem - Geremi! Geremi!...
Bez problemów zdążyliśmy na ostatni pociąg do Leptkokarii poznając przy okazji Larissę nocą, zdecydowanie ładniejszą od tej w dzień.
28.08.2010
AE Larissa 1:0 Atromitos Ateny
1:0 Cousin (77min)
Dodaj komentarz
Komentarze